Środkowy Laos

Luang Prabang i okolice

Luang Prabang to zdecydowanie najpopularniejsze miasto w Laosie. Turystyczny szlak prowadzi potem do stolicy kraju Vientiane z częstym przystankiem w Vang Vieng – spektakularnie położonym miasteczku gier i zabaw, na którym obecnie ciąży niestety nienajlepsza sława. Luang Prababng zaskoczyło nas czystością i uporządkowaniem. Odrestaurowane kamienice wręcz oślepiają bielą, kontrastując z kolorowymi okiennicami. Miasto ma w sobie coś z uroku francuskich miasteczek. Za to niewiele ma z Laosu, a przynajmniej nie takiego Laosu, jaki zdążyliśmy poznać wcześniej. Brakuje biegających wszędzie i krzyczących dzieciaków. Jest zbyt porządnie i zbyt ładnie. Warto się tu jednak zatrzymać na chwilę. Popatrzeć na słońce zachodzące nad Mekongiem. Pozachwycać się jednym z kilkudziesięciu watów (świątynie) i zagubić się w jednej z krętych uliczek. Można też się porządnie najeść na nocnym targu. A jeśli to wszystko nie robi na Was większego wrażenia, to trzeba pojechać nad wodospad Kuang Si.

 

Dojechać tam nietrudno. Każde z biur turystycznych ma taką wycieczkę w swojej ofercie w różnych kombinacjach. Dużo lepiej jednak wypożyczyć skuter i pojechać tam na własną rękę. To bardzo popularne miejsce, więc ludzi będzie sporo – przyjeżdżają tu zarówno lokalne rodziny jak i zagraniczni turyści. Bo wodospad jest piękny, a woda ma niesamowicie turkusowy kolor. Wyznaczono kilka miejsc, w których można się kąpać.

A najlepsze jest to, że można wejść na jedną z półek skalnych i sobie na niej spokojnie posiedzieć. Wrażenie jest niesamowite, ale na pewno nie dla osób, które mają lęk wysokości. Nie jest trudno znaleźć ścieżkę prowadzącą do tego miejsca. My wchodziliśmy schodami po prawej stronie wodospadu. W pewnym momencie pojawia się tablica z napisem Danger, Risk czy coś w tym rodzaju. Oczywiście, to znak, że właśnie gdzieś tam trzeba skręcić. Wystarczy zachować zdrowy rozsądek i nie ma w tym nic niebezpiecznego. Będziecie zachwyceni! Mniej zadowoleni będą zaś na pewno ci zgromadzeni na dole próbujący ustrzelić idealne zdjęcie.

 

Czy warto jechać do Vang Vieng?

Do Vang Vieng jechaliśmy z mieszanymi uczuciami. Słyszeliśmy o tym miejscu wiele złego – że to typowa backpackerska imprezownia, gdzie ludzie tylko piją i spływają rzeką w oponach. Z drugiej strony na wszystkich zdjęciach widzieliśmy po prostu piękne miejsce. No i lubimy mieć własne zdanie. Decyzja zapadła – jedziemy. I było warto. Sama droga z Luang Prabang do Vang Vieng robi ogromne wrażenie. Wije się wśród zielonych gór. Miejscami aż nie mogliśmy nosów oderwać od okien busa i mieliśmy cochotę wyskoczyć gdzieś pośrodku niczego.

 

Kiedy już dojechaliśmy do Vang Vieng, nasze oczekiwania co do samego miasta się sprawdziły. Nie znaleźliśmy w nim niczego ciekawego. Na szczęście wystarczy wypożyczyć skuter, odjechać kilka kilometrów i jest już znacznie lepiej. Na początku – tak jak większość turystów – skierowaliśmy się do Blue Lagoon. Szybko jednak stamtąd uciekliśmy, bo odstraszyły nas tłumy ludzi. Wyrzuciliśmy mapkę, którą dostaliśmy w wypożyczalni skuterów i postanowiliśmy jechać po prostu przed siebie. I tak jechaliśmy wzdłuż pól ryżowych otoczonych górami, zjechaliśmy w piękną, boczną ścieżkę zatopioną w zieleni i odjechaliśmy kawałek w stronę Phatang, aby łapać piękny zachód słońca nad poszarpanymi wierzchołkami. Co byście nie słyszeli o Vang Vieng, jego okolice i natura wokół są naprawdę cudne.

 

Vientiane i wizyta w centrum COPE

W Vientiane zabawiliśmy jedynie 1 dzień – zazwyczaj duże miasta specjalnie nas nie interesują. W tym mieście poczuliśmy się jednak zaskakująco dobrze. Może dlatego że bardziej przypomina większe miasteczko niż azjatyckie metropolie. Poszwendaliśmy się trochę ulicami, zajrzeliśmy do centrum COPE, gdzie odkryliśmy jak bardzo Laos ucierpiał na wojnie między Wietnamem a USA. W przeliczeniu na liczbę mieszkańców to najbardziej zbombardowany kraj na świecie! W latach 1964-73 był sceną „Sekretnej wojny” Stanów Zjednoczonych. Amerykanie próbowali przerwać szlak Ho Chi Minha, którym transportowane było zaopatrzenie pomiędzy północnym i południowym Wietnamem. Trasa ta w dużej mierze wiodła przez terytorium Laosu i jego niedostępną dżunglę. W ciągu tych 9 lat USA przeprowadziły 580 000 nalotów – średnio co 9 minut! Zrzucono pod 2 miliony ton bomb, z których jedna trzecia nie wybuchła.

 

Choć wojna skończyła się już ponad 40 lat temu, miliony niewybuchów pozostających na polach, wioskach, w dżungli stanowią olbrzymie zagrożenie dla Laotańczyków. Ze względu na trudność terenu oraz ograniczone środki rozminowanie kraju jest powolne. Według statystyk właściwie codziennie ktoś jest ranny na skutek niewybuchów. Czasami jest to dziecko wybiegające na nieznany teren, innym razem rolnik pracujący na polu, a najczęściej ofiarą padają ludzie, którzy zbierają bomby w celu odzyskania stali. Laos to wciąż jeden z najbiedniejszych krajów świata i wiele osób podejmuje ryzyko, aby mieć szansę zarobić. Pomoc medyczna oczywiście w takich wypadkach nie istnieje. Laotańczycy sami wyrabiają prowizoryczne protezy i wózki inwalidzkie. Jeżeli będziecie w Vientiane, koniecznie zajrzyjcie do tego ośrodka!

 

Więcej o Laosie znajdziesz tutaj:

Północny Laos: Pakbeng i Luang Namtha

Południowy Laos

Laos praktycznie

 

 

Post został przygotowany na laptopie marki

2 komentarze

Skomentuj