Razem w podróży – jak to przeżyć?

Podróżowanie we dwoje

Często, kiedy mówimy komuś, że podróżujemy razem prawie 2 lata, słyszymy pytanie: jak to możliwe że jeszcze się nie pozabijaliście? Prawda jest taka, że jesteśmy w tej podróży na siebie skazani. Jacek bez Hani nie miałby za bardzo pomysłu gdzie dalej jechać, a Hania bez Jacka nie dojechałaby nawet do połowy miejsc, które sobie znalazła. I na pewno zgubiłaby się gdzieś po drodze.

W trakcie tych dwóch lat wspólnej podróży nagromadziliśmy całą masę fantastycznych wspomnień. Spędziliśmy noc na Wielkim Murze, przejechaliśmy kilkaset kilometrów motocyklem po Pustyni Gobi, zamarzaliśmy w namiocie na przełęczy w Himalajach, szukaliśmy kangurów i koali w Australii, z rozdziawionymi buziami oglądaliśmy szalejący wulkan Fuego w Gwatemali. Niezliczone wschody i zachody słońca, tysiące pięknych momentów, które chciałoby się zatrzymać magicznym „chwilo trwaj”!

podróżowanie we dwoje

podróżowanie we dwoje

Są jednak też takie dni, kiedy romantyzm zupełnie ulatnia się z naszego życia, powietrze jest ciężkie od zawilgotniałych rzeczy i wzajemnych pretensji, a jedyne co nas łączy to marzenie o prysznicu (niekoniecznie wspólnym). Zdarzają nam się chwile słabości i oboje mamy czasami siebie i całej tej naszej podróży dosyć. Są fochy i dąsy, nieprzyjemne odszczekiwanie sobie nawzajem. Na szczęście, ten stan nie trwa wiecznie, w końcu któraś strona mądrzeje i po dwóch dniach mamy nowy temat do żartów.

Jak pogodzić różne typy osobowości

Według znajomych oboje należymy raczej do osób bezkonfliktowych. Nie wdajemy się specjalnie w spory, które za wiele w nasze życie nie wnoszą, czasami wolimy po prostu ustąpić niż strzępić sobie nerwy i z kimś się użerać. Sytuacja trochę się zmienia, kiedy nam na czymś zależy. To wtedy tak jakbyście postawili naprzeciwko siebie dwie ściany i obserwowali, która wcześniej skapituluje i się przesunie.

Mamy różne typy osobowości. Ja lubię działać, ale zawsze sama pierwsza rzucam sobie kłody pod nogi, wymyślając niekończącą się liczbę powodów, dlaczego coś może nie wypalić. Jacek natomiast wychodzi z założenia, że jeżeli czegoś chce, to mu się to uda. A że przy okazji będzie musiał czegoś nowego spróbować lub się nauczyć, tym lepiej. Mnie taki sposób myślenia czasem przeraża i wydaje mi się nieodpowiedzialną beztroską. Choć w głębi duszy okrutnie zazdroszczę i sama bym tak chciała.

podróżowanie we dwoje

 

Kiedy jeszcze byliśmy w Warszawie i oboje pracowaliśmy przy własnych projektach, ta inna perspektywa była często bardzo pomocna i pozwalała dostrzegać nowe rozwiązania. Teraz jednak ta różnica w myśleniu i sposobie działania wychodzi czasem na wierzch przy niemal każdej, ważniejszej decyzji i nie tak łatwo nam osiągnąć porozumienie. Ale nikt nie powiedział, że życie w związku jest łatwe. Nie tylko w podróży.

Jednym z powodów, dla których ruszyliśmy w podróż była chęć przeżycia wspólnej przygody. Lubiliśmy nasze życie w Warszawie, ale zawsze byliśmy zagonieni i wiecznie na coś brakowało czasu. Najlepiej czuliśmy się na wyjazdach, które staraliśmy sobie organizować jak najczęściej. Długa podróż jednak pod wieloma względami różni się od wakacji. Romantyczne knajpki zamieniliśmy na kuchnię polową, klimatyczne noclegi na spanie w samochodzie lub namiocie. Najważniejsze że jesteśmy w tym razem. I jakoś nam się to nie nudzi.

podróżowanie we dwoje

 

Chcesz sprawdzić związek? Jedź w podróż 🙂

Długa podróż to spory test dla każdego związku. Jest się w końcu razem 24h na dobę, często na niewielkiej przestrzeni, gdzie nie da się zbyt wiele ukryć. Okazji do spięć jest dużo. Bo jedno z nas ma ochotę odpocząć, kiedy drugie przebiera nogami, żeby zobaczyć cos nowego, bo spóźniliśmy się na autobus, znowu pomyliła się nawigacja, źle coś sprawdziliśmy, wydaliśmy za dużo pieniędzy, znowu trzeba szukać miejsca, żeby obejrzeć mecz Barcy lub po prostu któreś z nas wstało tego dnia lewą nogą. Jednym słowem zazwyczaj chodzi o pierdoły. A pierdołami nie ma co sobie zatruwać życia. Obyśmy mieli tylko takie problemy! Dlatego często staramy się rozładować sytuację w zarodku. Na przykład jakimś głupim żartem. Takim typowym sucharem, który sprawia, że największy gbur się uśmiechnie. Może i z politowaniem, ale w końcu liczy się efekt.

 

Odrobina przestrzeni 

Mamy takie szczęście, że oboje lubimy aktywnie spędzać czas. Naszą ulubioną rozrywką są trekkingi. Nie jesteśmy w stanie wytrzymać zbyt długo bez gór i co jakiś czas wyszukujemy sobie ciekawe trasy. Wspólnie spróbowaliśmy też nurkowania i łapaliśmy pierwsze fale w oceanie. Nie da się jednak wszystkiego robić razem, czasem trzeba dać sobie trochę przestrzeni.

 

Ja mam tak że lubię łazić. Szwendać się bez określonego celu i nawet czasami nie potrzebuję do tego jakiejś nie wiadomo jak niezwykłej scenerii. W nowych miejscach rzadko korzystam z miejskiej komunikacji, bo wolę po prostu pogapić się na miasto i jego mieszkańców, nawet jeśli po drodze teoretycznie nie ma niczego ciekawego (zawsze jest). Jacek bez narzekania wędruje po górach i zazwyczaj trudno go dogonić. Na płaskim terenie jednak zaczyna człapać. I jest po takim łażeniu bardziej zmęczony niż po 3 tygodniach w Himalajach. Choć od czasu do czasu rzeczywiście trafimy w jakieś fajne miejsce i przyzna mi, że czasem warto się tak powłóczyć. Zdarza się jednak tak, że po prostu zostawiam go przed komputerem, w hamaku czy innych okolicznościach. On się nie męczy, ja nie muszę oglądać jego zbolałej miny – sukces w pełni!

Pierwszą miłością w życiu Jacka była piłka. W różnych odmianach (nożna, koszykówka, siatkówka, tenis), ale zawsze zajmowała ważne miejsce w jego życiu. Nawet teraz rzadziej się ogląda za innymi dziewczynami niż za chłopakami biegającymi po boisku. No i jak już trafi na jakąś akcję na boisku, zawsze się wkręci do gry. A ja wtedy mam chwilę dla siebie, mogę spokojnie nadrobić książkowe zaległości itp. Choć czasem potem słyszę wyrzut, że cheerleaderka ze mnie żadna.

 

Kibic w podróży

Inna kluczowa kwestia to mecze Barcelony. Jacek jest prawdziwym fanatykiem tej drużyny. W jednym z warszawskich kartonów cierpliwie czeka kilkanaście koszulek, był na kilkunastu meczach na Camp Nou i nawet wymyślił, żebyśmy wzięli ślub w Barcelonie i uczcili tę okazję, podziwiając ekipę Blaugrany. Mój tata, który podziela tę pasję, był bardzo zadowolony.

W pierwszym roku naszej podróży Jacek zadowalał się skrótami meczów i doniesieniami z internetu oraz smsami z wynikami od teścia. W pewnym momencie jednak coś się zmieniło i od jakiegoś czasu rytm podróży dopasowany jest do rozgrywek La Ligi, Ligi Mistrzów i Pucharu Króla. Dodajmy do tego jeszcze niezwykle emocje w okienkach transferowych.

Co tu dużo mówić, szczęśliwa z tego powodu nie jestem. Zdarza się, że bywam wyrozumiała i wychodzę z założenia, że to nieszkodliwa pasja, a ja mogę sobie spokojnie znaleźć lepsze zajęcie w tym czasie. Czasem też trafiamy na to oglądanie meczów do takich klasycznych, lokalnych spelunek, a ja takie klimaty uwielbiam i wtedy grzecznie sączę piwo i cieszę się atmosferą. Innym razem jednak trzeba pójść do Sport baru z prawdziwego zdarzenia (czemu to są zawsze najdroższe  miejsca w mieście??), wtedy jestem niepocieszona, zaczynam gderać, przewracać oczami i trudno mnie znieść. Tak, wiem – nie ma to jak poważne problemy w związku 🙂

 

I tak w naszym mniemaniu to całkiem spory postęp, bo w pierwszym roku naszej podroży, najczęstszym powodem naszych sprzeczek było… jedzenie. Bo Jacek robi się zdecydowanie szybciej głodny (a jak głodny to i zły), a ja często mogę nie jeść przez dobre kilka godzin (szczególnie w upale). Na szczęście po tych kilkunastu miesiącach nauczyliśmy się jakoś sobie radzić w tej kwestii, a znacznie lepiej jest, od kiedy sami przygotowujemy sobie większość posiłków. A największym sprzymierzeńcem Jacka w Ameryce Centralnej jest pieczony kurczak (pollo) w każdej postaci: Pollolandia, Don Pollo, Pollo rapido itp. itd. Na szczęście te kurczakowe budki i wózki są dosłownie wszędzie.

Razem jest łatwiej

Czy istnieje jakiś złoty przepis na wspólne podróżowanie? Jest jedna bardzo istotna rzecz: musicie oboje tego chcieć i mieć z tego frajdę. Nad emocjami nie zawsze uda się zapanować. Czasami zdarza nam się reagować przesadnie wobec błahych rzeczy i zdarzeń. Sami nie jesteśmy w stanie swojego zachowania zrozumieć, nie ma co więc wymagać tego od naszego partnera. Trzeba nauczyć się dystansu i wyrozumiałości. Szanować czyjeś potrzeby. Łatwo o tym pisać, trudniej zrobić. W większości przypadków, kiedy Jacek mówi mi, że jest zmęczony i potrzebuje odpocząć, a mi już nogi same wyrywają się na pobliski wulkan lub plażę, kwituję go jednym słowem: leń  (ewentualnie leniwiec pospolity). Staram się jednak być lepsza pod tym względem.

 

Można się kłócić o pierdoły. Można czasami powiedzieć o te kilka słów za dużo, robić sobie nawzajem wyrzuty, grozić powrotem lub rozwodem. Ważne abyście w obliczu prawdziwego wyzwania mieli świadomość, że tworzycie jeden zespół i działacie razem. Kiedy nagle trzeba uciekać przed burzą na mongolskim stepie, wykopać samochód z błota, pertraktować z kolesiem z maczetą, wykłócić się z celnikiem, który chce Was oszukać i naciągnąć na jakąś wyimaginowaną opłatę. Jesteście dla siebie wsparciem i wzajemną motywacją. Podróżowanie we dwoje jest fantastyczną przygodą. Piękne wspomnienia łączą, ale chyba jeszcze bardziej wspólne pokonywanie przeszkód.

 

Post został przygotowany na laptopie marki

 

Brak komentarzy

Skomentuj