Co zrobić i zobaczyć w Kostaryce

Pura Vida Kostaryka!

 

Wjeżdżając do Kostaryki, byliśmy do tego kraju nastawieni sceptycznie. Bo drogo, za bardzo turystycznie i za dużo komercji. Od kilku osób słyszeliśmy, że tak naprawdę nie ma tam niczego takiego, czego byśmy nie zobaczyli w innych krajach Ameryki Centralnej. I przez pierwsze dni nawet znaleźliśmy kilka argumentów na potwierdzenie tej tezy typu: „plaże w Nikaragui wcale nie były brzydsze, a przynajmniej ludzi było znacznie mniej”. No i ceny w sklepach dosłownie zbijały nas z nóg. Zanim jednak się obejrzeliśmy, Kostaryka nas zachwyciła. Nigdzie indziej nie widzieliśmy chyba tak intensywnej i bujnej zieleni. Gdzie się człowiek nie obróci, tam pięknie. A na dodatek czysto! W innych krajach Ameryki Centralnej i w Meksyku śmieci aż kłują w oczy.

Spędziliśmy w Kostaryce ponad miesiąc, ale i tak zobaczyliśmy jedynie skrawek tego stosunkowo niewielkiego kraju. Spokojnie moglibyśmy tam spędzić i trzy miesiące. Rzadko jednak ktoś może sobie pozwolić na tak długi wyjazd.

Co zatem warto zrobić i zobaczyć w Kostaryce?

 

Tropienie i podglądanie zwierząt

Kostaryka to prawdziwy raj dla miłośników przyrody. Na powierzchni 6 razy mniejszej niż terytorium Polski można znaleźć aż 500 tysięcy gatunków flory i fauny. I wcale nie trzeba się w tym celu wybierać do jednego z parków narodowych lub rezerwatów. Czasami po prostu wystarczy zrelaksować się na chwilę w hamaku. Najlepszym przykładem może tu być nasz kemping w niewielkim Puerto Jimenez na półwyspie Osa. Teoretycznie zwykła polanka obok niedużego lotniska. Kawałek dalej jest siedlisko krokodyli. W ciągu dnia nad głowami latały nam piękne, kolorowe papugi ary, tukany wpadały podgryźć banany, na trawie wygrzewały się dorodne iguany, a wieczorem przeparadował koło nas mrówkojad.

 

Największymi gwiazdami są oczywiście leniwce. Nic w tym dziwnego, bo rzeczywiście są niezwykle urocze. Nie tak łatwo jednak je wypatrzeć. Prowadzą nocny tryb życia i w ciągu dnia zazwyczaj śpią gdzieś wysoko w koronach drzew. My akurat mieliśmy do tych zwierzaków sporo szczęścia, udało nam się nawet spotkać mamę z kilkutygodniowym małym. Niestety, nawet w Kostaryce zdarzają się ludzie, którzy chcą zarobić na zwierzętach. W niektórych miejscach mijaliśmy tablice z napisem typu: „Zobacz leniwca za 20USD”. Omijajcie takie miejsca. Uważajcie też na różnego rodzaju sierocińce czy sanktuaria. Mimo szczytnej misji ich działania nie zawsze mają na celu dobro zwierzaków. Leniwce możecie spotkać w niektórych parkach narodowych takich jak Manuel Antonio lub Cahuita. Nie musicie mieć ze sobą przewodnika, za to zawsze warto podpytać strażników. Oni najlepiej wiedzą, gdzie je znaleźć.

 

Półwysep Osa

Według National Geographic to jedno z miejsc o największej biologicznej różnorodności na świecie. To właśnie tutaj znajduje się słynny Park Narodowy Corcovado. Niestety, od jakiegoś czasu można odwiedzać go jedynie z przewodnikiem, przez co ceny wstępu są wyjątkowo wysokie – trzeba liczyć się z wydatkiem minimum 80 USD za osobę za dzień. Nawet jeżeli to zbyt duże obciążenie dla Waszego budżetu, nie znaczy to wcale, że powinniście rezygnować z tego półwyspu. Można pospacerować po prastarym lesie deszczowym i poza parkiem. Bujna roślinność wypełnia tu szczelnie każdy centymetr aż po piaszczyste brzegi Pacyfiku.

 

Głównym miastem półwyspu jest niewielkie Puerto Jimenez, skąd wyboista, szutrowa droga prowadzi do Carate. To jedynie 40 kilometów, ale trasa jest dość wymagająca. Kilka razy trzeba przejechać przez rzekę, dlatego w porze deszczowej lepiej nie wybierać się tu bez samochodu z napędem 4×4. Po drodze warto zatrzymać się choć na chwilę na plaży Matapalo – naszym zdaniem to jedna z najładniejszych w Kostaryce.

półwysep Osa Kostaryka

Z plaży w Carate można wybrać się 3,5 km szlak przez las deszczowy aż do bram parku narodowego. Nasi znajomi utrzymują, że niczym on się nie różni od tego, co można w Corcovado zobaczyć w ciągu dnia. Bujna zieleń, potężne drzewa, małpki skaczące między gałęziami, tukany, nietoperze chowające się w liściach, żaby… Najlepiej ruszyć wcześnie rano – wtedy najłatwiej trafić na zwierzęta. Na pewno spotkacie też grupy z przewodnikiem. Jeżeli się gdzieś zatrzymują, zawsze warto zrobić to samo. Wszyscy byli do nas pozytywnie nastawieni, mimo że widzieli, że jesteśmy sami.

 

W okolicy Carate można też znaleźć kilka hoteli (np. Finca Exotica, Luna Lodge), których teren graniczy z Corcovado. Mają wyznaczone kilometry tras przez ten sam las deszczowy. Dla osób z ograniczonym budżetem najbardziej popularną opcją jest hostel Bonita (ale wtedy nie jesteście przy plaży). Nie chcemy przez to powiedzieć, że nie warto wybierać się do samego Corcovado. Sami nie byliśmy, więc nie nam to oceniać. Znamy sporo osób, które się tym parkiem zachwyciły. Gdybyśmy pojechali do Kostaryki na 2-3 tygodniowe wakacje, pewnie byśmy się na taką wycieczkę zdecydowali (może nawet z noclegiem w dżungli). Bardziej chodzi nam o to, że nawet jeśli Corcovado nie mieści się Wam w budżecie, na półwysep Osa wciąż warto pojechać.

Właśnie na plaży w Carate mieliśmy szansę też wziąć udział w niezwykłym wydarzeniu – pierwszym marszu żółwików do oceanu. Małe ninja są niezwykle urocze. Jedne są niezwykle energiczne i pędzą do wody, inne wydają się zdezorientowane i ruszają się powoli. Z czystym sumieniem możemy polecić organizację Cotorco, której celem jest ochrona żółwi morskich. Jej pracownik pilnował, żeby wszyscy trzymali się w bezpiecznej odległości (po tym jak nadejdzie kilka fal, łatwo na takiego maluszka nadepnąć). Pamiętajcie też, żeby małych żółwi nie dotykać. Kontakt z człowiekiem im niestety nie służy.

 

Jezioro Arenal

Niemal perfekcyjny stożek wulkanu Arenal dominujący nad malowniczym jeziorem o tej samej nazwie to jedna z wizytówek Kostaryki. Przez kilka stuleci olbrzym był uśpiony i nie wykazywał żadnej aktywności. Zaczęto traktować go jako górski szczyt wyrastający z lasu deszczowego. Aż nagle w 1968 r. obudził się i przez kilka dni wypluwał dym, kamienie, lawę i popiół. Był jednym z najbardziej aktywnych wulkanów na świecie aż do 2010 r., kiedy nagle się uspokoił. Obecnie jedynie od czasu do czasu zdarza mu się głośniej zabulgotać lub wyrzucić kolumnę popiołu. Mimo tego uśpienia, wciąż działa na turystów jak magnes, a okolice jeziora Arenal uważane są za siedlisko dobrej energii. Rzeczywiście, jest w tym miejscu coś kojącego. Zupełnie nas nie dziwi, że tak wielu obcokrajowców odnajduje tam harmonię i decyduje się stworzyć tam swój dom.

Szczyt wulkanu Arenal wciąż jest niedostępny dla turystów, a co gorsze zazwyczaj nie chce się nawet odsłonić i skrywa się w chmurach. Można odwiedzić pola lawy w parku narodowym albo wybrać się na sąsiedni Cerro Chato. Podobno to bardzo fajny szlak oferujący świetne widoki. Niestety, nie sprzyjała nam pogoda. Zadowoliliśmy się więc objazdem wokół jeziora, rozkoszowaliśmy się piękną scenerią i spokojem.

La Fortuna

Sama La Fortuna to niewielkie miasteczko u stóp wulkanu Arenal. Niemal całe życie skupia się tutaj wokół turystyki. Znajdziemy tu wiele hoteli i hosteli, sklepików z pamiątkami i liczne agencje turystyczne sprzedające przeróżne atrakcje: zjazdy na linach, canyoning, trekkingi… Okolica słynie z pięknego wodospadu o tej samej nazwie (niestety, wstęp kosztuje aż 15 USD, więc sobie tę przyjemność odpuściliśmy) oraz gorących źródeł, gdzie wulkaniczna magma podgrzewa wodę. Najsłynniejsze z nich to piękny kompleks należący do Tabacón Resort. Za taki relaks trzeba jednak słono zapłacić. Dobra wiadomość jest taka, że można znaleźć źródła na każdą kieszeń, również te darmowe (ale lepiej przygotujcie się na spore towarzystwo).

Prawdę mówiąc La Fortuna okazała się dla nas trochę zbyt turystyczna. Po 2 dniach czuliśmy się usatysfakcjonowani i mieliśmy zamiar stamtąd uciec. Splot nieoczekiwanych przypadków jednak sprawił, że trafiliśmy do prawdziwego raju: Finca Luna Nueva Lodge. Spędziliśmy tam niemal tydzień na spacerach po lesie deszczowym, słuchając fascynujących opowieści o świecie roślin i podglądając małego leniwca wczepionego w mamę. Codziennie obserwowaliśmy kolibry latające wśród ukwieconych krzewów i tukany podjadające owoce palm. Z całego serca polecamy to piękne miejsce wszystkim miłośnikom przyrody. Właściciele nie stosują tu żadnych trików, żeby przyciągnąć zwierzęta jak to się zdarza w innych miejscach. Nie ma poideł z wodą i cukrem dla ptaków czy specjalnie wystawionych owoców. Natura żyje tu swoim własnym rytmem.

co zrobić i zobaczyć w Kostaryce

 

Monteverde

Las mglisty Monteverde to chyba jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Kostaryce. Hiszpańska nazwa oznacza zielone wzgórze i pasuje jak ulał. Zieleń jest tu wprost oszałamiająca. Zmienia odcienie i faktury: raz szorstka, innym razem niemal aksamitnie miękka. A do tego te delikatne mgiełki otulające wierzchołki drzew. Nas urzekła już sama trasa, która na jakieś 30 km przed celem zmieniła się w malowniczą szutrówkę. Właśnie tak wyobrażaliśmy sobie Kostarykę.

 

W miasteczku Santa Elena – bazie wypadowej do Monteverde można odnieść wrażenie turystycznego przesytu. Wszędzie bilbordy reklamujące plantacje kawy, ranarium (park żab), mariposarium (motylarnia). Trochę tego wszystkiego za dużo. Na szczęście udało nam się znaleźć przyjemną polankę, aby spędzić noc. Tuż obok lasu, gdzie wieczorami buszowały grupy turystów szukających leniwców. Sami oszczędziliśmy sobie 25 USD na osobę,  wybraliśmy się tam w ciągu dnia i udało nam się wypatrzeć jednego śpiocha.

Słyszeliśmy sporo mało zachęcających opinii o samym parku narodowym Monteverde i mówiąc szczerze trochę nas zraziła cena: 20 USD od osoby. Alternatywą może być Rezerwat Santa Elena, gdzie wstęp jest niemal o połowę tańszy. My znaleźliśmy jeszcze inne rozwiązanie: niezbyt długi szlak Cerro de los Amigos jakieś 3 kilometry od granic parku. Na chłopski rozum wydaje się, że las jest ten sam… Jedyna różnica jest taka, że nasza trasa jest trochę bardziej dzika, zarośnięta i ludzi na niej brak.

 

Park Narodowy Manuel Antonio

Niewielki Park Narodowy Manuel Antonio bije obecnie rekordy popularności. Chyba wszyscy nasi znajomi, którzy byli wcześniej w Kostaryce, wymienili go w swoich poleceniach. Co tu się może zresztą nie podobać? Ładne plaże, spokojna woda Pacyfiku, tropikalna roślinność i sporo zwierząt. Tylko ludzi trochę za dużo. Chociaż wybraliśmy się tam w dzień powszedni i przed bramą parku byliśmy przed 8, i tak spotkaliśmy już liczne grupy turystów. Na szczęście w ciągu dnia łatwo ich gdzieś zgubić.

 

Spędziliśmy tam bardzo miły dzień, spacerując po lesie z jednego punktu widokowego na drugi i odpoczywając na plaży. Nie da się tu nie wpaść na jakiegoś zwierzaka. Gdzieś w oddali słychać wołania wyjców, w liściach szura aguti (taki spory, sympatyczny gryzoń), miedzy gałęziami drzew skaczą małpy wiewiórcze. Przy samej plaży buszują czarno-białe małpy kapucynki i gangi szopów, które wykorzystują nieuwagę plażowiczów i porywają ich torby w nadziei na znalezienie smakołyków. Z jednej strony wygląda to dość komicznie (nawet nam szop gwizdnął reklamówkę i Jacek musiał go gonić po plaży), z drugiej bardzo smutne. Pomimo licznych zakazów, zawsze znajdzie się ktoś, kto rzuci małpie kawałek ciastka. Po jakimś czasie zwierzęta przestają zachowywać się naturalnie. Pamiętajcie, żeby ich nie karmić.

Manuel Antonio jest tak popularny nie tylko ze względu na swoje malownicze położenie, ale też ze względu na cenę. Jak na warunki kostarykańskie 16 USD za wstęp jest dość przystępne. To też chyba jedno z najtańszych miejsc, aby pooglądać zwierzaki z przewodnikiem. On najlepiej wie, gdzie szukać, a jeśli jakieś stworzenie czai się w oddali, pokaże Ci je przez lunetę. My z takiej opcji zrezygnowaliśmy, ale dzięki jednej z grup udało nam się zobaczyć niewielką, uroczą żabkę siedzącą w dziurze w drzewie. Swoją drogą siedziała tam chyba przez cały dzień, aż zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie jest podstawiona.

 

Park Narodowy Cahuita

Park Narodowy Cahuita obejmuje piękny fragment karaibskiego wybrzeża. Stanowi przyjemny wyjątek w Kostaryce – nie pobiera się tu opłaty z wstęp. Zamiast tego turyści proszeni są o darowiznę (sugerowana kwota to 5 USD za osobę). Można tu przyjechać jedynie na kilka godzin albo spędzić cały dzień. Mieliśmy trochę pecha co do pogody. Sporo padało i ścieżki były bardzo błotniste. I tak nam się podobało.

 

Atrakcją tego parku są nie tylko plaże, ale też bujna, tropikalna roślinność i cała masa zwierzaków. Można spotkać tu leniwce, kilka gatunków małp, szopy, wiele ptaków, a także zobaczyć węża. Podobno całkiem ładnie wygląda tu też pod wodą. Na snorkeling jednak można wybrać się jedynie z przewodnikiem.

 

Plaże w okolicach Puerto Viejo

Karaibskie wybrzeże Kostaryki to odmienny świat. Przez chwilę można się poczuć tu jak w innym kraju. To właśnie tu mieszka największa grupa osób pochodzenia afrykańskiego. Częściej słychać angielski. Życie na ulicach płynie spokojnie, w rytm muzyki reggae. Jednym z najpopularniejszych miasteczek w tym regionie jest Puerto Viejo, które przyciąga turystów swoimi plażami, klimatycznymi hostelami i knajpkami. Nam najbardziej spodobała się mało zatłoczona Punta Uva, gdzie urządziliśmy sobie obozowisko razem z zaprzyjaźnioną parą z Polski – Arturem i Karoliną.

co zrobić i zobaczyć w Kostaryce

 

Wodospad Nauyaca

W Kostaryce wodospadów nie brakuje, ale te najsłynniejsze niestety sporo kosztują. Nasza lista miejsc do odwiedzenia trochę się skurczyła po tym jak sprawdziliśmy ceny wstępów. Bardzo miło zaskoczył nas wodospad Nauyaca. Najłatwiej dostać się do niego z Dominical na wybrzeżu Pacyfiku. Bilety (4000 colones za osobę) sprzedawane są w niewielkim budynku przy drodze. Potem można jeszcze podjechać 2 km do parkingu (nawet jeśli nie macie samochodu, jest spora szansa, że ktoś Was zabierze), a później kolejne kilometry do samej kaskady. Dla nas była to bardzo przyjemna trasa zwieńczona orzeźwiającą kąpielą.

Zdecydowanie lepiej wybrać się w dzień powszedni – w weekendy ludzi jest naprawdę sporo. Zjeżdżają się całe rodziny i grupy znajomych. W naszym przypadku znacznie więcej było miejscowych niż zagranicznych turystów. Wodospad podzielony jest na 2 strefy: górną – bardziej widokową i dolną, gdzie można pływać. Naszym zdaniem naprawdę ładne miejsce, polecamy!

 

Wodospad Llanos de Cortez

Dość niepozorny i wciąż mało znany wodospad niedaleko Liberii. Bardzo orzeźwiający przystanek na trasie. Dla nas był wręcz niczym oaza na pustyni. Aby do niego dojść trzeba przejść jakieś 30 minut ścieżką wśród niemal afrykańskich, sawannowych krajobrazów. Słońce pali, wszystko wokół jest wysuszone na wiór. Aż nagle dobiega Cię głośny szum wody i zanurzasz się w kojący cień lasu. Idealne miejsce, żeby odprężyć się i popływać.

 

Plaża Conchal na półwyspie Nicoya

Nie jesteśmy specjalnie fanami półwyspu Nicoya. Po kilku miesiącach w Meksyku i innych krajach Ameryki Centralnej kolejne ładne plaże nie robiły na nas większego wrażenie. Szczególnie jeśli wokół widzieliśmy wielkie hotele typu Riu. Bardzo pozytywnie zaskoczył nas jednak fakt, że nawet mimo sporej liczby turystów, plaże są czyste. Naszą ulubioną plażą w tej okolicy jest Conchal o białym piasku i wyjątkowo spokojnej wodzie Pacyfiku. Jeżeli macie samochód z napędem na 4 koła (albo kolegę ticosa, który nie przejmuje się takimi pierdołami i wjedzie w głęboki piach nawet Daewoo Tico) możecie pojechać kawałek dalej do trochę bardziej dzikiej plaży Brasilito.

Poczuj pura vida!

Kwintesencją Kostaryki jest pura vida. W dosłownym znaczeniu to czyste życie, samo życie. Zastępuje powitanie, podziękowanie, może posłużyć jako komentarz do niemal każdej sytuacji. Pomoże, jeśli czegoś nie zrozumiecie albo zabraknie Wam słów. Początkowo myśleliśmy, że to trochę taki marketingowy slogan, hasło dla turystów. Okazało się, że nic bardziej mylnego. Dla mieszkańców Kostaryki to filozofia życia wyrażająca radość, poszanowanie dla natury i bliskich. Czym tu się martwić skoro tak pięknie jest wokół!

 

Planujesz podróż po Ameryce Centralnej? Zajrzyj też tutaj:

Co zobaczyć w Nikaragui

Co zobaczyć w Salwadorze

Co zobaczyć w Gwatemali

 

Post został przygotowany na laptopie marki

Brak komentarzy

Skomentuj