volcano boarding Nikaragua

Cerro Negro – czyli zjazd na desce z aktywnego wulkanu

Od kilku miesięcy wulkany są jednym z motywów przewodnich naszej podróży. Zaczęło się jeszcze w Meksyku od próby podejścia na Izta i widoków na wyrzucający chmary dymu el Popo. Spodobało nam się. Jeszcze lepiej było w Gwatemali, gdzie weszliśmy na najwyższy szczyt Ameryki Centralnej – wulkan Tajumulco i obserwowaliśmy erupcje Fuego z pobliskiego Acatenango. Nie mogliśmy nie dorzucić do tej kolekcji przeżyć zjazdu na desce z aktywnego wulkanu w Nikaragui.

 

Volcano boarding Nikaragua!

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz zobaczyłam na zdjęciach charakterystyczny czarny stożek Cerro Negro (Czarny Szczyt) i ludzi w śmiesznych kombinezonach sunących na drewnianych deskach po jego zboczach. Od razu jednak pomyślałam, że muszę to kiedyś zrobić. I chyba większość osób przyjeżdża do Nikaragui z takim założeniem. To jedna z najpopularniejszych atrakcji nie tylko w tym kraju, ale w całej Ameryce Centralnej.

 

Z wulkanu na drzwiach od lodówki?

Możliwe że zrodzi się Wam w głowie pytanie: skąd komuś wpadł do głowy ten szalony pomysł? Czytałam nawet gdzieś historię, że pierwszy zjazd odbył się na… drzwiach lodówki. Kiedy się stanie u stóp tego wulkanu, wszystko staje się jasne. On jest wręcz stworzony do zjazdów. Gładkie, strome zbocza przypominają narciarskie stoki. Tyle że są czarne. I zamiast po śniegu jedzie się po żwirze. Jest sporo miejsc na świecie, gdzie można sobie zjechać z wydm piaskowych. To jednak zupełnie co innego. Na piasku chyba jednak znacznie trudniej się rozpędzić.

volcano boarding Nikaragua

 

Cerro Negro to jeden z najmłodszych wulkanów w całej Ameryce Centralnej. Ma niewiele ponad 150 lat. W tym czasie za to zarejestrowano aż 23 erupcje – ostatnia w latach 90. Nie jest specjalnie wysoki – 713 m. Wejście na niego jest łatwe – zajmuje jakieś 40 minut. Jest gorąco, ale w pewnym momencie pojawia się też silny wiatr. Zanim poszybujecie w dół wulkanu, warto szybko zajrzeć do krateru i nacieszyć się widokami na szczycie.

volcano boarding Nikaragua

 

Ekwipunek

Do zjazdu potrzebny jest specjalny ekwipunek. Prosta, drewniana deska, kombinezon, gogle i rękawice. Przyda się tez chustka na twarz. Czy to rzeczywiście potrzebne, czy tylko dla picu – żeby ludzie wyglądali śmieszniej na zdjęciach i żeby zrobić z całego tego przedsięwzięcia lepszy show? Wulkaniczny żwir jest naprawdę ostry i jego zderzenie ze skórą nie należy do przyjemnych. Tym bardziej przy dużej prędkości. Warto upewnić się, że wszystko macie dobrze osłonięte. I tak na pewno skończycie z czarnym piachem w zębach, uszach i we włosach. Trudno tego uniknąć. My wypożyczyliśmy sprzęt bezpośrednio na miejscu i kiedy tak szukaliśmy możliwości zaoszczędzenia kilku dolarów, zaproponowano nam, że możemy zapłacić mniej i zabrać tylko deskę, bez kombinezonu i innych dodatków. Na szczęście nie skorzystaliśmy.

volcano boarding Nikaragua

 

Wolno czy szybko?

Skoro pojawił się już temat prędkości to czy rzeczywiście da się na tym rozpędzić? Czytaliśmy gdzieś wcześniej opinie, że to taka ściema, że zjeżdża się wolno i trudno tu mówić o jakiejkolwiek adrenalinie. Nawet jeszcze na szczycie widzieliśmy jak kolejne osoby wsiadały na deski i raczej nie były demonami prędkości. Ale nie wszyscy. Od czasu do czasu ktoś dosłownie przelatywał przez zbocze! Także tak, da się. Nam udało się całkiem nieźle rozpędzić (Jackowi nawet spadło gopro z głowy). A słyszeliśmy też o takich, którzy zjeżdżali z prędkością ponad 80 km/h (a rekordziści ponad 90…). Trzeba przede wszystkim mocno odchylić się do tyłu, złapać sznurek w obie dłonie i unieść lekko przód deski. Niektórzy kładą stopy na deskę, ale wtedy łatwo już stracić kontrolę.

https://www.facebook.com/sledznas/videos/1040757596080852/

 

Jak to zorganizować?

Zjazd podobał nam się bardziej i dostarczył nam większych emocji niż podejrzewaliśmy! Na pewno jest to coś, co warto zrobić w trakcie podróży w Ameryce Centralnej. W Leon znajdziecie masę agencji, które mają w swojej ofercie Volcano boarding. Warto pochodzić po mieście i rozeznać się w cenach. Konkurencja jest duża i firmy mają różne sposoby, żeby przyciągnąć do siebie klientów. Jedna z nich na przykład  – Quetzaltrekkers – daje możliwość dwóch zjazdów (za 30 USD). Jeżeli macie własny transport, możecie sami dojechać pod Cerro Negro i wypożyczyć sprzęt na miejscu. Płacicie wtedy 5 USD za wstęp do parku i 10 USD za deskę i kombinezon (za połowę możecie mieć samą deskę, ale raczej nie polecamy tej opcji). Można tam tez zostać na noc. My nic za to dodatkowo nie płaciliśmy, ale ponoć czasami pobierają jakieś opłaty. Dostępne są tam toalety i prysznice.

 

Leon i okolice

Skoro już będziecie w Nikaragui zjeżdżać na desce zdecydowanie warto spędzić tez trochę czasu w Leon. To wyjątkowo urokliwe miasto o wąskich uliczkach i niskich, kolorowych budynkach. Można tu znaleźć ślady trudnej przeszłości – był to bastion oporu wobec krwawej dyktatury Somozy. W samym centrum można odwiedzić Muzeum Rewolucji. W Leon znajdziecie też sporo przyjemnych placyków, niewielkich parków i tanich jadłodajni (comedores lub soda). Największa atrakcją jest bez wątpienia katedra – największa w Ameryce Centralnej. Koniecznie trzeba pospacerować boso po jej dachu (wstęp kosztuje 3 USD), popatrzeć z góry na miasto i otaczające je wulkany. Można się poczuć trochę jak w bajce!

 

Dla nas Leon okazało się jednak trochę zbyt gorące i duszne. Do tego mocno zaskoczyły nas ceny i dostępność noclegów. To było pierwsze miejsce od dawna (chyba od San Cristobal), gdzie krążyliśmy miedzy hotelami i albo nas odsyłali nas z kwitkiem albo rzucali mało zachęcającymi cenami. Jak by tego było mało, ja akurat się rozchorowałam i marzyłam o przyjemnym miejscu do leżenia w hamaku, a wylądowaliśmy w typowej, ciemnej norce.

 

Szybko uciekliśmy więc nad ocean do Las Peñitas i znaleźliśmy naszą oazę spokoju zaledwie 20 km od miasta. Plaża może i nie jest tam najpiękniejsza, ale spodobał nam się klimat. Trafiliśmy do super miejsca Rigo’s guesthouse, gdzie można kempingować za 5 USD od osoby (tyle samo kosztuje spanie w hamaku). Mieliśmy dostęp do kuchni, więc Jacek zafundował mi najlepszą, naleśnikową kurację. Codziennie przyjeżdżał owocowy wózek z wielkimi papajami za 1 USD i ananasami za 30 centów. No i moje wymarzone hamaki! Idealnie pasowały do antybiotyku (gdybyście kiedyś zachorowali w Nikaragui, to wizyta u lekarza jest darmowa i przepisane na recepcie leki też!)

 

 

Post został przygotowany w  ramach współpracy z firmą

 

Post został przygotowany na laptopie marki

 

Brak komentarzy

Skomentuj